Czasy realnego socjalizmu i ówcześnie panujący system własnościowy dotyczył nie tylko czynników produkcji, o czym powszechnie wiadomo, lecz także sektora gastronomicznego. Państwo posiadało praktycznie wszystkie restauracje, przyczyniając się do ich ujednolicenia i ustanowienia standardów jakości na równym, stosunkowo niskim poziomie. Usługi alternatywnych prywatnych lokali, z uwagi na nieproporcjonalnie, w stosunku do przeciętnych zarobków, wysokie ceny, były osiągalne tylko dla nielicznych. Na szczęście, sektor gastronomiczny jest aktualnie prywatny, a jego oferta urozmaicona. Powrót do czasów, kiedy to państwo posiadało faktyczny monopol na usługi żywieniowe, wywołałby słuszne oburzenie. Dlaczego więc analogiczna sytuacja w przypadku oświaty nie wzbudza w nas sprzeciwu?

Szkolnictwa nie sposób porównywać do branży gastronomicznej. Zgodnie z art. 70 Konstytucji RP, obowiązek kształcenia dotyczy każdego obywatela do 18. roku życia. Jednak zgodnie z treścią tego aktu prawnego Rzeczpospolita zobowiązana jest jedynie do zapewnienia możliwości edukacji, nie zaś do stworzenia publicznego systemu oświaty. Państwo mogłoby ograniczyć się do wymagania minimalnych standardów jakości (tak, jak to ma miejsce    w gastronomii, gdzie pozostają one pod kontrolą sanepidu) w prywatnych placówkach, a dostęp do edukacji zostałby zapewniony poprzez wprowadzenie bonu edukacyjnego1.

Koncepcja ta jest swego rodzaju kompromisem pomiędzy państwową, a prywatną formą szkolnictwa. W systemie, który opiera na niej swoje działanie, szkoły nadal są finansowane ze środków państwowych, lecz nie otrzymują ich już bezpośrednio. Placówki oświatowe są w pełni prywatne, a cały budżet przeznaczany na edukację jest równo rozdzielany między uczniów. Określona kwota jest powierzana opiekunom w postaci bonu2, który pokrywa koszty edukacji dziecka w wybranej przez rodziców szkole.

Takie rozwiązanie nie eliminuje istnienia różnic w poziomie nauczania. Bon prawdopodobnie nie będzie pokrywał kosztów uczęszczania do renomowanych szkół, które będą wymagały dodatkowych opłat. Należy jednak zauważyć, że nie zamyka to drogi do takich placówek uczniom wybitnym pochodzącym z biedniejszych rodzin. Chęć przyciągnięcia utalentowanej młodzieży i utrzymania wysokiego miejsca w rankingach, zmusi szkoły do obniżenia czesnego lub zapewnienia stypendiów.

Oczywiście, wprowadzenie bonu oświatowego nie jest pozbawione wad. W wyniku prywatyzacji szkół zarobki nauczycieli zaczną się różnicować. Ich pensja będzie określana w zależności od wyceny pracy przez pedagogów oraz od kwoty, jaką rodzice są skłonni zapłacić za określoną jakość kształcenia. Tak jak w gastronomii kucharze, tak w szkolnictwie nauczyciele osiągający wyższe wyniki, będą zarabiali więcej od innych.

Niektórzy zwracają uwagę na trudną sytuację szkół wiejskich, które będą mogły być narażone na zmaganie się ze zbyt małą liczbą uczniów. Rozwiązania będzie wymagał także problem niewystarczających środków przekazywanych na pokrycie kosztów całego systemu szkolnictwa. Te kwestie można jednak rozwiązać, nie ingerując radykalnie w prywatne szkolnictwo. Rząd posiada uprawnienia, by stworzyć specjalne fundusze celowe i wesprzeć szkoły wiejskie lub podwyższyć kwoty przeznaczane dla dzieci mieszkających poza miastem. Co więcej, istnieje możliwość zwiększania wartości bonu wraz z rozwojem gospodarczym.

W teorii pomysł wydaje się być trafiony, lecz jak sprawdza się on w praktyce? W Chile, od czasu liberalnej reformy gospodarczej wprowadzonej w latach 80. XX w. podczas dyktatury Pinocheta, działa system bonów wdrożonych za namową Friedmana oraz innych wybitnych ekonomistów. Trzeba jednak zauważyć, że w przypadku tego kraju zastosowano nieco odmienne rozwiązanie niż to opisane powyżej.

W Chile funkcjonowały 3 typy szkół: publiczne, prywatne z możliwością dofinansowania bonami oraz prywatne bez takiej możliwości. Placówki publiczne były pod ciągłą kontrolą rządu, ale prawie cały ich budżet opierał się na bonach. Drugi rodzaj szkół nie podlegał kontroli, a ich działania pokrywane były bonami oraz pobieranymi dodatkowo opłatami. Trzeci typ, uznawany za „elitarny”, czerpał wpływy wyłącznie z czesnego.

W początkowych latach działania reformy zauważone zostały dwie kwestie. Po pierwsze, uczniowie masowo przenosili się ze szkół publicznych do szkół prywatnych dofinansowanych bonami. W 1980 r. do placówek państwowych uczęszczało 79% uczniów, do prywatnych – 14%, a do „elitarnych” – 7%. Osiem lat później liczba uczniów w tych pierwszych zmniejszyła się do 60%, co spowodowało wzrost w prywatnych dofinansowanych bonami do 33%.

Drugim zaobserwowanym zjawiskiem był spadek względnych nakładów na system oświaty. Na początku lat 80. władze centralne pokrywały 80% wydatków na edukację, co stanowiło 5,3% PKB. W 1985 r. proporcje te zmniejszyły się odpowiednio do 68% i 3,7% PKB3. Spadek był pokrywany częściowo przez wzrost wydatków prywatnych na szkolnictwo, ale nie na tyle, by zrekompensować całość.

Przykład chilijski nie rozstrzygnął, czy wprowadzenie bonów przyczynia się do podwyższania standardów nauczania. Jednoznacznie można jednak stwierdzić, że w Chile, mimo zmniejszenia wydatków na edukację, jakość kształcenia praktycznie nie uległa zmianie. Należy zaznaczyć, że wybór szkoły był tam utrudniony. Władze blokowały bowiem publikację wyników standaryzowanych testów. Warto wspomnieć również, że niektóre tamtejsze szkoły prywatne zaczęły naliczać dodatkowe opłaty.

W Polsce tego typu rozwiązania były testowane tylko na niewielką skalę – w kilkunastu gminach i powiatach. Przy okazji zeszłorocznego strajku nauczycieli, pomysł bonów został jednak ponownie poddany pod dyskusję, jako narzędzie, mające uzdrowić polskie szkolnictwo. Urynkowienie systemu edukacji mogłoby uchronić kraj przed ogólnonarodowym strajkiem, ze względu na różnicowanie płac dydaktyków. Przy tak małej ilości empirycznych badań ciężko jednak jednoznacznie stwierdzić, jak kształtowałyby się długofalowe skutki takiego działania.

Bony edukacyjne są i prawdopodobnie długo pozostaną tematem kontrowersyjnym. „Chilijski eksperyment” nie dostarczył w tej kwestii jednoznacznych wniosków – nie potwierdził ich wyższości nad bezpośrednim finansowaniem szkół z budżetu państwa. Nie można jednak zapominać o specyfice tego południowoamerykańskiego kraju oraz o wprowadzonych tam modyfikacjach. Istnieje możliwość, że bony edukacyjne, w odpowiednio zmodyfikowanej wersji, dałyby pozytywne wyniki w polskich realiach społecznych.

Paweł Pikoń

  1. Milton Friedman, Kapitalizm i wolność, tłum. Bartosz Sabłut, Gliwice, Helion, 2008
  2. Małgorzata Knauff, Co to jest bon edukacyjny?, Gazeta SGH nr 135., 1 marca 2001
  3. R. Pawlak, Powszechne bony oświatowe. Przykład Chile, „Polityka Społeczna” nr 10, 2008

Join the discussion One Comment

Leave a Reply